„Niemcy przezwyciężyły swoją historię. Dlaczego Polska nie może?” – napisał jakiś czas temu na łamach „Politico” William Echikson, dyrektor biura Unii Europejskiej na rzecz Postępowego Judaizmu w Brukseli. Dziwne to słowa i w sumie trochę niesmaczne, bo stawianie za wzór Niemiec, które nigdy nie oczyściły się ze swojej zbrodniczej przeszłości to olbrzymi absurd.

Powyższe słowa nie są przypadkowe. Stanowią element starannie zaplanowanej narracji polityki historycznej Niemiec – możemy w tym miejscu mówić nawet o propagandzie historycznej. Tego typu stwierdzenia służą rozpowszechnianiu pewnych przekazów takich jak na przykład „mit rycerskiego Wehrmachtu” czy „mit denazyfikacji Niemiec po II Wojnie Światowej”. Przyjrzyjmy się bliżej temu drugiemu zjawisku.

Wojna się skończyła – alianci rozpoczęli procedury mające na celu rozliczenie Niemców za swoje przewiny. Zaczęto od procesu 29 głównych oskarżonych przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Do roku 1949 przeprowadzono 12 procesów norymberskich. Łącznie oskarżono 185 osób, ale na ławach oskarżonych zasiadło 177 osób (4 oskarżonych popełniło samobójstwo, a 4 uznano za niezdolnych do procesów). 25 z nich skazano na karę śmierci, ale wyrok wykonano na zaledwie 12. 19 ukarano dożywotnim więzieniem, a 98 skazano na terminowe kary więzienia. 35 osób uniewinniono. Już samo to daje wstępne pojęcie o skali pozornego wyciągania konsekwencji.

Sojusznicza Rada Kontroli Niemiec (organ wojskowy sprawujący władzę na terytorium okupowanych Niemiec w imieniu rządów czterech mocarstw koalicji) wydała w styczniu 1946 roku „Dyrektywę 24”, na mocy której Niemcy zaangażowani w działania zbrodniczego reżimu mieli być usuwani z pełnionych urzędów. Około 2.5 miliona Niemców stanęło przed sądami celem wytłumaczenia się ze swojej nieodległej przeszłości. Jedynie 1.4% z nich zostało uznanych winnymi. W zachodnich strefach okupacyjnych do roku 1947 internowano około 180 tysięcy osób. Skazano zaledwie 5 tysięcy z nich. Przezwyciężanie swojej historii? Trzeba przyznać, że bardzo dynamiczne. Oczyszczenie? Nie bardzo. Gdy w 1949 roku Niemcy mogli na nowo tworzyć podstawy swojego państwa zadbali o to, aby oni sami mieli całkowitą kontrolę nad pozornym procesem ewentualnej dalszej denazyfikacji. W ustawie zasadniczej zawarto po pierwsze zakaz ekstradycji obywateli niemieckich, a po drugie zakazano kary śmierci. Prowadzi to do dwóch prostych skutków. Otóż nie musiano wydawać zbrodniarzy za granicę, a nawet jeśli pojawiła się już konieczność osądzenia ich w kraju, to nie mogli oni zostać ukarani śmiercią.

Spójrzmy zatem nieco dokładniej jak „skutecznie” rozliczano bandytów, morderców, oprawców i wysoko postawione figury w niemieckim zbrodniczym mechanizmie. Heinz Reinefarth, odpowiedzialny za dowodzenia masakrą ludności warszawskiej Woli został zwolniony z powodu braku dowodów na swoje przewiny. Robił karierę w polityce. Został burmistrzem miasta Westerland oraz posłem do Landtagu w Szlezwiku-Holsztynie. Mało tego, władze RFN przyznały mu rentę generalską. Feldmarszałek Luftwaffe Erhard Milch został wprawdzie skazany na dożywocie, ale już w 1954 roku cieszył się wolnością. Brigadeführer SS Kurt Meyer został skazany na śmierć. Wkrótce zamieniono tę karę na dożywocie. W 1954 roku był już na wolności. Według relacji jego syna – ojciec powiesił w domu portret Hitlera natychmiast po powrocie do domu. Rok wcześniej Meyera odwiedził w więzieniu nie kto inny, a sam kanclerz Adenauer. Także Heinz Guderian wobec którego istniało wiele dowodów na okoliczność popełniania zbrodni wojennych nie poniósł żadnych konsekwencji. Już na początku lat 50. brał aktywny udział w przygotowaniach to tworzenia Bundeswehry.

Skutecznie chroniono również adwokatów, prokuratorów czy sędziów, którzy świadczyli swoje usługi zbrodniczemu reżimowi. Hans Globke, twórca antysemickich ustaw norymberskich do końca wojny służący władzy jako prawnik został w swoim „nowym życiu” szefem urzędu kanclerskiego Konrada Adenauera. Rudolf Oeschey był sędzią szczególnie lubującym się w skazywaniu na śmierć Polaków. Został wprawdzie za swoje czyny skazany, ale już w 1955 roku zwolniono go z więzienia ze względu na zły stan zdrowia. Od tego momentu przeżył jeszcze 25 lat, więc rzeczywiście musiał ciężko chorować… Wolfgang Fränkel, jako prokurator w czasach wojny licznie i skutecznie wnioskował o kary śmierci w niewielkich nawet sprawach. Nie pozbawiono go prawa do wykonywania zawodu – został wieloletnim sędzią Sądu Federalnego. Josef Altstötter odpowiadający między innymi za tak zwane „prawodawstwo rasowe” dyrektor generalny w hitlerowskim ministerstwie sprawiedliwości, pracował po wojnie jako adwokat w Norymberdze, przeszedł na emeryturę i zmarł spokojnie 40 lat po wybuchu II Wojny Światowej. Hans Filbinger – sędzia Kriegsmarine, który ferował w Norwegii liczne wyroki śmierci również robił karierę polityczną. Przez wiele lat był premierem Badenii-Wirtembergii. Hans-Joachim Rehnse, hitlerowski sędzia, został skazany na karę 5 lat pozbawienia wolności, ale Trybunał Sprawiedliwości przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia i wówczas doszło do interesującego zwrotu. Rehnse został uniewinniony. Zapomniałem dodać, że działo się to w roku 1967!!!



Widzimy więc wyraźnie jak duży wysiłek włożono w to, aby cały świat uwierzył w pozorną i podszytą wielkim kłamstwem „denazyfikację”. A to zaledwie kilka przypadków. Słowa takie jak te zacytowane na początku budzą zawsze wiele emocji i nie ma nic dziwnego w tym, że staramy się zadać fałsz ich autorom. Gdy przyjrzymy się temu z pewnej perspektywy czasowej, to łatwo można dostrzec, że nie są one wcale jakąś rzadkością czy niefortunnymi wypsknięciami. Skala zjawiska może i powinna budzić niepokój, a przede wszystkim pobudzać do przeciwdziałania i to aktywnego, bo jeśli oddamy to pole, to w przyszłości może być już za późno i cały czas będziemy kilka kroków z tyłu musząc tłumaczyć się i apelować o sprostowania – wyraźnie pokazuje to przykład „polskich obozów śmierci”. Hitler, naziści i zielone ludziki Od lat mamy do czynienia z zadziwiającym festiwalem głupoty na świecie, jeśli chodzi o wywracanie do góry nogami obiektywnej prawdy historycznej. Widzimy celowe przedefiniowanie pojęć i jest to element starannie wdrażanego mechanizmu mającego na celu nie tylko zrzucenie z Niemców winy za zbrodnie popełnione podczas II Wojny Światowej, ale również jednoczesne obarczenie tą winą innych narodów. W myśl tej strategii morderca staje się ofiarą, najeźdźca zmienia się w opiekuna, grabieżca jest człowiekiem honoru, zwierzę staje się człowiekiem bez skazy, niemiecki obóz śmierci jest już postrzegany jako „polski obóz śmierci”, a czy wkrótce nazista stanie się Polakiem? Co gorsza pewnym środowiskom w Polsce to pasuje. Lubują się one w narzucaniu Polakom tak zwanej pedagogiki wstydu, kochają Polskę poniżać i opluwać wespół ze swoimi postępowymi przyjaciółmi z zachodniej Europy. Prezentują oni ze sobą jakiś rodzaj zoologicznej wręcz nienawiści na podłożu historycznym. Dzieje się tak dlatego, że my – prawdziwi Polacy czcimy pamięć naszych przodków i głośno się o tę pamięć upominamy na świecie i że jako – moim zdaniem – najbardziej poszkodowany w II Wojnie Światowej naród po prostu nie godzimy się na to, żeby odpuścić, aby machnąć ręką na to wszystko. Ale mówi się nam: gonicie za duchami, dajcie spokój, zapomnijcie już o przeszłości, mamy przecież przed sobą nowy, wspaniały świat przyszłości. Czy masowe mordy przy zastosowaniu systemowych mechanizmów unicestwiania narodu, zdemolowanie państwa do samego gruntu i inne bestialskie występki przedawniły się? Czy to są właśnie fundamenty tego nowego świata? W mniemaniu Niemców i ich mentalnych niewolników ergo pożytecznych idiotów niewątpliwie tak. Z rąk niemieckich zginęło 5-6 milionów Polaków. Straty materialne trudno oszacować, ale istnieją różne opracowania na ten temat. Generalnie mówi się nawet o bilionie euro. Kto mordował, grabił i bogacił się? Naziści, zielone ludziki czy Niemcy? 1 700 000 Polaków wywieziono do niewolniczej pracy. Kto wywoził tych ludzi i na tym korzystał? Naziści, zielone ludziki czy Niemcy? Porwano 200 tysięcy dzieci celem kulturowego ich zniemczenia. Kto koordynował i wdrażał ten proces? Naziści, zielone ludziki czy Niemcy? Zrabowano olbrzymią ilość dzieł sztuki, których wartość szacuje się na 11 miliardów złotych. Kto rabował i opływał w luksusy? Naziści, zielone ludziki czy Niemcy? Odpowiedzi na sformułowane powyżej pytania są dla nas oczywiste, ale okazuje się, że nie jest to wcale takie klarowne na zachodzie, a szczególnie wśród młodzieży. Ogólnie ze świadomością natury historycznej jest fatalnie. W 2017 roku na zlecenie niemieckiej Fundacji Körbera Instytut Badania Opinii Publicznej „Forsa” przeprowadził badanie, z którego wynikało, że jedynie 59% młodych Niemców zdaje sobie sprawę z tego, że Auschwitz-Birkenau był w istocie niemieckim obozem śmierci. Na Sorbonie przeprowadzono eksperyment i okazało się, że 70% francuskich studentów wskazało, że naziści to Polacy. Podobny odsetek takiej odpowiedzi odnotowano wśród studentów amerykańskich. W 2020 roku przeprowadzono sondaż na zlecenie „Die Zeit”, w którym 53% ankietowanych wskazało, że wojnę wywołała i za popełnione zbrodnie odpowiada jedynie grupa zbrodniarzy. Słowo klucz w tym przypadku: „jedynie”. Szybko zatracono wiedzę i świadomość o antycywilizacyjnym obliczu niemieckiego władztwa nad Europą, czyż nie? Czy jednak nie jest to aby element świadomie stosowanej i od lat wdrażanej narracji? Teorie spiskowe! – zakrzyknie ktoś, ale trudno jednak nie dopatrzeć się w tego typu działaniach i ich opłakanych skutkach pewnego schematu. To pomieszanie pojęć będzie eskalowało. Terminy takie jak „hitlerowcy” czy „naziści” doprowadziły w pierwszej kolejności do rozmydlenia odpowiedzialności Niemców, a dalej będą stanowiły obszerny worek, do którego będzie można niesłusznie wrzucać przedstawicieli innych nacji – chociażby Polaków. Sfomułowania takie jak „polski obóz śmierci” prowadzą do utrwalania skandalicznej nieprawdy, przy czym, jeśli nie będziemy należycie reagować, to konsekwencją będzie stopniowe uznawanie już wyłącznie Polaków za mitycznych nazistów, czyli morderców, sprawców Holokaustu, bestialskie zwierzęta z czasów II Wojny Światowej, innymi słowy kreatorów nowego porządku aryjskiego świata. Nie będzie oczywiście miało znaczenia, że zbyt „aryjscy”, to my nie jesteśmy, ale skoro obozy były „polskie”, to przecież przeciętny mieszkaniec zachodniej Europy czy USA (raczej mało obeznany z historią naszej części świata) nie będzie dyskutował na ten temat. A proszę wyobrazić sobie określenie: „amerykański atak z 11 września”. A gdyby używano sformułowania „londyński zamach” na określenie wydarzeń z lipca 2005 roku (atak na metro i autobusy – 56 ofiar)? A co z „madryckim zamachem” z marca 2004 roku (seria ataków na pociągi – 191 ofiar)? Czy gdyby używano tych sfomułowań z oczywistą intencją przypisania sprawstwa uczciwym obywatelom USA, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, to czy nie powodowałoby to powszechnego oburzenia na świecie? Trochę inna optyka, prawda? Wyrażenia szkalujące dobre imię Polski i Polaków padają nie tylko w mediach niemieckich. Równie często można je usłyszeć w mediach francuskich czy brytyjskich. Niestety upływający czas sprawia, że będzie jeszcze gorzej. Z powodu tego typu wypowiedzi nasze placówki dyplomatyczne interweniowały w 2014 roku 151 razy. W 2017 roku takich interwencji było już 258. Ale czy jest w ogóle szansa na obronę przed tym zjawiskiem, skoro w 2012 roku nawet ówczesny Prezydent USA Barack Obama użył sformułowania „polski obóz śmierci”? Wiele państw pilnuje swoich interesów w zakresie dbałości o pamięć i politykę historyczną oraz tożsamość narodową. W Rosji za na przykład zaprzeczanie faktom stwierdzonym przez Międzynarodowy Trybunał Wojenny w Norymberdze można stracić wolność nawet na 3 lata. W Turcji za publiczne znieważanie tureckości (narodu tureckiego) grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 2. Na Węgrzech za negowanie zbrodni popełnionych przez Niemców grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności. Od 1986 roku obowiązuje ustawa Knesetu, na mocy której zabrania się negowania Holokaustu. A jeśliby ktoś jednak spróbował takiego wyczynu, to może zapomnieć o swojej wolności nawet przez najbliższe 5 lat. Mało tego, Izrael świetnie dba o interesy historyczne poza swoimi granicami (ale to przecież nie może budzić już zdziwienia), ponieważ podobne prawo przyjęło u siebie wiele państw na całym świecie. W Polsce podjęto próbę wdrożenia mechanizmów prawnej ochrony pamięci historycznej. W sensie politycznym inicjatywę tę wspierało środowisko Solidarnej Polski. Niezwykle histeryczne reakcje wzbudził jeden z zapisów, w myśl którego karę grzywny lub więzienia można by wymierzyć za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności za na przykład zbrodnie niemieckie popełnione podczas II Wojny Światowej. Niestety paniczna i niezrozumiała dla mnie presja w zasadzie całego świata sprawiła, że ostatecznie wycofano się z tych zapisów. Mam nadzieję, że wkrótce do nich wrócimy, ponieważ czas nie jest naszym sprzymierzeńcem i coraz trudniej jest bronić historii, o której niewielu już chce pamiętać. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą Zapewne każdy zna zawarte w tytule słowa Josepha Goebbelsa, niemieckiego ministra propagandy, poświęcone „sztuce”, którą wyniósł do rangi mistrzostwa. Ja się z nimi całkowicie zgadzam, przy czym są one dość uniwersalne i mają zastosowanie również do dzisiejszej aktywności naszych sąsiadów zza Odry. „Polskie obozy śmierci” stają się powoli faktem, trwa brudna kampania dezinformacyjna stawiająca Polaków w miejscu nazistów, propaguje się narrację jakoby Niemcy mieli wzorowo rozliczyć się ze swoich bestialskich zbrodni podczas II Wojny Światowej i coraz bardziej upowszechnia się tak zwany „mit rycerskiego Wehrmachtu”. Można znaleźć jeszcze wiele podobnych przykładów, ale sprowadzają się one do jednego wniosku: Niemcy ochoczo biorą się za pisanie historii na nowo, fałszując ją na potęgę, czyniąc to samodzielnie każdym znanym sobie sposobem oraz co gorsza przy wydatnej pomocy swoich usłużnych polskojęzycznych przyjaciół ergo pożytecznych idiotów. Są trzy grupy takich „pomagierów”. Po pierwsze: klasa polityczna. Uściślijmy: chodzi o polskojęzyczną klasę polityczną, bo jak inaczej określić parlamentarzystów zasiadających w polskim Sejmie i Senacie czy samorządowców polskich miejscowości, którzy z niczym nieskrępowaną radochą oddają się świadomemu (tak sądzę, wszak większość z nich to ludzie wykształceni i obyci, a przynajmniej za takich pragnący uchodzić) fałszowaniu tragicznej polskiej historii i wywracaniu obiektywnej prawdy na „lewą stronę”. Przykładów takiej błazenady jest bez liku. Konkrety? Pani poseł Jachira postanowiła skomentować zakup przez PKN Orlen wydawnictwa Polska Press następującymi słowami: „Dzisiaj Polska jest jak Niemcy w momencie dojścia Hitlera do władzy.”. Interesująca diagnoza wskazująca na jakiegoś rodzaju problemy z postrzeganiem rzeczywistości i ewidentnie częste wagary podczas lekcji historii w szkole podstawowej. Pani Prezydent Gdańska – Aleksandra Dulkiewicz popisała się swoją wiedzą podczas audycji w niemieckim (!) radio próbując wciskać kit, że w Polsce: „Wolność jest zabierana po kawałku, to jest przerażające – przecież tak było w III Rzeszy.”. Mam wrażenie, że w tym przypadku ponownie mamy do czynienia z zatrważającym deficytem w podstawowej edukacji. A może to celowe działanie? Czy to celowe wypowiedzi inspirowane przez wpływy z zewnątrz? Na przykład niejaki Roland Hau – szef Związku Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku napisał niedawno na portalu Facebook: „Czy naprawdę, w swoim bezkrytycznym patriotyzmie, cały czas chcecie zwierzchności Warszawy, a dokładnie jej żoliborskiej dzielnicy, nad naszym wspólnym Gdańskiem?”. Oj, oj, cały czas marzy im się ten Danzig. IV Rzesza: Początek? Po drugie: media. Politykom chowającym w sercu jakąś urazę do polskości i wszystkiego co polskie, kroku sumiennie starają się dotrzymać niektóre środowiska dziennikarskie i medialne. W konkurencji fałszowania historii na prowadzenie wysuwa się oczywiście „Gazeta Wyborcza” z Adamem Michnikiem na czele. Myliłby się jednak ten, kto stwierdziłby, że to jakiś mechanizm obronny czy odruch bezwarunkowy po utracie władzy w 2015 roku, bo pewien schemat w tym zakresie można obserwować w zasadzie od dekad. Już w 1994 roku publikowano materiały stawiające Powstańców Warszawskich w złym świetle. Była nawet mowa o tym, że: „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta.”. Siłą rzeczy przez dekady przekaz ten utrwalił się wśród nowych „lewych generacji”, od których wymagano coraz mniej w domach i szkołach, a już najmniej oczekiwano po nich zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Podobnie jak w przypadku klasy politycznej, także i w tej sytuacji „najlepsze” wzorce płyną zza granicy. Metodyczne fałszowanie historii jest i było powszechne również w zagranicznych wydawnictwach i telewizjach. Dotyczy to wszystkich jak świat długi i szeroki. Europa Zachodnia, Ameryka Północna czy Australia, to bez znaczenia – wszędzie spotkamy „polskie obozy śmierci”. Za gazetami i czasopismami wytyczającymi trendy w tym zakresie szły publikacje książkowe. Zarówno kilkadziesiąt lat temu jak i teraz były one pełne z gruntu fałszywych tez niepopartych żadnymi dowodami. Naturalnie było i jest to celowe działanie. Pierwszy z brzegu, rażący przykład – Reuben Ainsztein w swojej książce pisał: „Polscy faszyści podczas powstania warszawskiego prawdopodobnie zabili więcej Żydów niż Niemców. Wielu z polskich nazistów to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść.”. Można teraz zgadywać kiedy wydano to „opracowanie”, bo ten tekst świetnie wpisuje się w ostatnie trendy przypisywania Polsce i Polakom całego zła na świecie. 2020? A może w 2015? Nie. Tę książkę opublikowano w roku 1974. Moda na „dowalanie” Polsce trwa od kilkudziesięciu lat i w istocie ten festiwal fałszu rozpoczął się zaraz po II Wojnie Światowej, ale jak naprawić dekady zaniedbań w kilka lat? Piekielnie trudne zadanie i nie możemy teraz odpuścić tego tematu, jeśli na starość chcemy z godnością spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiliśmy co mogliśmy, aby skutecznie walczyć o prawdę historyczną, o dobre imię naszych przodków. Po trzecie: naukowcy. Swoje trzy grosze do tego przemysłu kłamstwa i fałszu dorzucają (a jeszcze więcej tego „grosza” otrzymują na swoje pseudobadania od różnej maści organizacji lewicowych) środowiska „naukowców i historyków”. Wśród niezmordowanych przedstawicieli nurtu nowej szkoły historycznej prym wiodą na przykład Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski czy Barbara Engelking, a z pewnością są oni najbardziej rozpoznawalni.

Słynne są (oczywiście w negatywnym sensie) popisowe słowa tej ostatniej pani w kontekście – a jakże! – krwiożerczych Polaków nieustępliwie wciąż i wciąż polujących na Żydów dla pieniędzy, religii, ideologii, bo tak trzeba czy jeszcze z jakiegoś innego zmyślonego powodu: „… dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym.”. Gdy pierwszy raz usłyszałem te bzdury zamurowało mnie. Podobnie było za drugim, trzecim…. i dziesiątym razem. Jak można być aż tak odklejonym od rzeczywistości? Jak można aż tak nienawidzić Polaków i Polski? Jak można w taki chory sposób zestawić dwóch ludzi, jakiejkolwiek rasy czy narodowości by oni nie byli. Ale chwileczkę! Czy to w zasadzie nie przypomina pewnych aryjskich – wyrażających wyższość jednej rasy nad drugą – doktryn à rebours? Równie nielogiczne fikołki historyczne sprzeczne z nauką i obiektywną prawdą mają na koncie liczni koledzy po fachu pani profesor. Na przykład powszechna jest opinia jakoby Jan Tomasz Gross miał wybiórczo traktować materiały i dokumenty archiwalne dopasowując je do z góry postawionej tezy. Najlepszym przykładem obrazującym tę taktykę jest usunięcie cudzysłowu z wyrażenia zapożyczonego z innej publikacji. W pierwotnej wersji brzmiało ono: „nasi” żandarmi, a dzięki manipulacji owi żandarmi stali się dosłownie nasi – w sensie polscy, a nie miejscowi jak zostało ujęte to w oryginalnym tekście. Jakaś odpowiedź na tego typu zarzuty? Oczywiście, że tak. Otóż na przykład broniąc publikacji o Jedwabnem Gross wskazał, że przecież jest ona opatrzona przypisami i odnośnikami. Paradne! To tak jakby teorie o płaskiej ziemi zyskiwały nagle wiarygodność, bo ktoś postanowiłby opatrzyć je odpowiednimi przypisami. To tylko pojedyncze przykłady, ale taki schemat to modus operandi tego środowiska, który jest regularnie stosowany w boju i co stwierdzam z przykrością – stosowany skutecznie. Wnioski? Konieczność zaplanowania i wdrożenia spójnej ofensywy polityczno-medialno-naukowej służącej rozpowszechnianiu propolskiej narracji historycznej na całym świecie. Chodzi o obiektywną prawdę. Ni mniej, ni więcej. Pisałem o bardzo szkodliwych działaniach przedstawicieli świata polityki, mediów oraz nauki w zakresie fałszowania historii – trzeba im się skutecznie przeciwstawiać. Konserwatywni politycy muszą na przykład zadbać o to, aby nie dochodziło do sytuacji takich jak użycie przez Baracka Obamę sformułowania „polski obóz śmierci”. W tym przypadku rolą prawicowych dziennikarzy jest to, aby funkcjonującym i powszechnie stosowanym na całym świecie wyrażeniem był „niemiecki obóz śmierci”. Prawdziwi naukowcy muszą ugruntować to pojęcie w swoich publikacjach i książkach, również na rynku anglojęzycznym. A na końcu trzeba zrobić o tym porządny film oglądany na całym świecie. I właśnie o szczegółach jednego z powyższych zagadnień jeszcze słów kilka. Kto wie czy właśnie ten obszar nie jest najważniejszy w dzisiejszych czasach. Mowa o konieczności otwierania się na masowego odbiorcę. Chodzi na przykład o filmy historyczne, ale nie przaśne, pół teatralne występy, a o mega produkcje z udziałem gwiazdorskiej obsady z prawdziwego zdarzenia. Oznacza to oczywiście wydatek konkretnych pieniędzy, ale czy do tej pory jakikolwiek polski film historyczno-wojenny zbliżył się choć odrobinę do legendarnego „Szeregowca Ryana”, który – uprzejmie przypominam – miał swoją premierę w 1998 roku, czyli biorąc pod uwagę specyfikę i rozwój branży wieki temu. Albo czy próbowano nawiązać walkę, z którymś z filmów historycznych firmowanych nazwiskiem Mela Gibsona? Moim zdaniem nie. I można uśmiechać się pod nosem na przesadzony patetyzm w tego typu filmach i dostawać oczopląsu od wszechobecnych w nich amerykańskich flag, ale… to działa! Bo dzięki takim obrazkom każde dziecko na świecie wie na przykład o ogromnej roli amerykańskich żołnierzy w wygraniu II Wojny Światowej. Czymś co w mojej ocenie szło w dobrą stronę był polski serial „Czas Honoru” – niepozbawiony oczywiście wad – w końcu zarżnięty przez sztuczne przedłużanie, ale to było właśnie to. Obraz dostosowany do młodego widza, podany w atrakcyjnej formie i w miarę dostosowany do potrzeb współczesnego odbiorcy. A gdyby jeszcze wpompować w niego znacznie, znacznie (!) większe pieniądze? Podobną drogą mogłyby podążyć gry komputerowe. Przykłady Wiedźmina czy Cyberpunka 2077 pokazują, że Polacy nawiązują walkę z gigantami tej branży – a nawet mogą ją wygrywać. Oczywiście to tylko kilka z wielu przykładów działań niezbędnych, jeśli chcemy jako Polska nawiązać równą walkę na polu polityki historycznej. Trudno w kilka lat naprawić dziesiątki lat zaniedbań, kłamstw, fałszu i manipulacji. Czy to jest w ogóle możliwe? Bez kompleksowego, konsekwentnie realizowanego i bardzo drogiego planu niestety nie.

Autor: Dariusz Niemiec

źródło – prawicowyinternet.pl

obrazek – Adolf Hitler – Wikimedia

Dzięki Waszej pomocy i Waszemu wsparciu wolne media mogą funkcjonować. Proszę wesprzyj naszą walkę o wolność słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *