Autor Bartosz Sieniawski | EURACTIV.pl

Coraz więcej państw w Europie deklaruje inwestowanie w energetykę jądrową. Mimo to działacze klimatyczni wolą stawiać na odnawialne źródła energii.

Negatywne podejście do energetyki jądrowej wielu ruchów ekologicznych drugiej połowy XX w. wzięła się z obawy przed wojną atomową. Ekolodzy zrównywali broń jądrową z reaktorami atomowymi mimo że to dwa zupełnie różne światy.

Katastrofa w Czarnobylu była jak woda na młyn dla antyatomowej retoryki. Argumenty zwolenników energii atomowej? Wydajność, bezemisyjność, pełna dekarbonizacja. Jednak większość działaczy klimatycznych opowiada się za stawianiem na odnawialne źródła energii.

Według nich w przyszłości energetyka powinna być zasilana wyłącznie odnawialnymi źródłami energii: wiatrem, siłą morskich fal i energią słoneczną. Przemawia do nich nowoczesność technologii i brak odpadów radioaktywnych, powstających w procesie energotwórczym oraz mniejsze koszty budowy instalacji. Te argumenty przekonują m.in. Czechy. Nowy rząd pod przewodnictwem premiera Petra Fiali potwierdził w piątek (7 stycznia) dekarbonizację gospodarki do 2033 r. a węgiel w miksie energetycznym ma zastąpić m.in. energetyka jądrowa.

Przybywa zwolenników energii atomowej

Coraz więcej Europejczyków popiera odchodzenie od energii węglowej na rzecz energii atomowej. Według ostatniego badania pracowni YouGov, nawet Niemcy optują za tym rozwiązaniem – a przecież Niemcy znani są ze swojej niechęci do tego typu energetyki.

Z perspektywy Polski energetyka atomowa – jak przekonuje rząd – jest szansą na dekarbonizację gospodarki. W naszym kraju istniały plany budowy reaktora jądrowego, jednak projekt inwestycji w Żarnowcu porzucono w 1991 r. Polski miks energetyczny jest zdominowany przez węgiel przy niewielkim udziale odnawialnych źródeł energii.

Elektrownie atomowe to dość stary wynalazek. Pierwsze powstawały już w latach 50. w Związku Radzieckim, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W ciągu kilku dekad, pod wpływem antyatomowej paniki okresu zimnej wojny pojawiły się ruchy ekologiczne postulujące odejście od energetyki nuklearnej na równi z węglową. Silne były zwłaszcza w Niemczech, gdzie na bazie antyatomowego ruchu ekologicznego wyrosła partia Zielonych, współtworząca nowy rząd Olafa Scholza.

W 2000 r. niemieckie władze postanowiły rozpocząć proces odchodzenia od energii atomowej na rzecz energii odnawialnej i niskoemisyjnej. Jeszcze w 2010 r. próbowano opóźnić tę transformację, ale decyzję o porzuceniu atomu przyspieszyła katastrofa w japońskiej elektrowni Fukuszima w 2011 r., przez którą przez Niemcy znów przeszła fala lęku przed potencjalnymi skutkami awarii w elektrowni jądrowej. Do końca 2022 r. u naszych zachodnich sąsiadów wyłączone zostaną wszystkie reaktory jądrowe.

Na zlecenie berlińskiej organizacji ochrony konsumentów Finanzwende Recherche, grupa Forsa przeprowadziła sondaż. Na pytanie o to, czy Niemcy widzą energetykę atomową jako element zrównoważonych inwestycji energetycznych, aż 82 proc. z tysiąca badanych wyraziło negatywną opinię, co tylko pokazuje, jak skomplikowanym zagadnieniem jest niemiecki atom.

Z drugiej strony, według badania YouGov, przeprowadzonego w 7 krajach Unii Europejskiej, aż 53 proc. Niemców uważa energię atomową za istotną gałąź nowoczesnej energetyki, potrzebną do przeprowadzenia koniecznej transformacji energetycznej. Najbardziej z tym stwierdzeniem zgodzili się Francuzi (75 proc. badanych) i Szwedzi (69 proc.), najmniej – Duńczycy (40 proc.).

Podobne badanie, przeprowadzone w Polsce, wykazało, że aż 73 proc. obywateli chce odchodzenia od energii węglowej. 74 proc. chce w Polsce budowy elektrowni atomowej, z czego 58 proc. nie miałoby problemu z jej ulokowaniem w bezpośredniej okolicy swojego miejsca zamieszkania.

Ponieważ Polska likwiduje źródła węglowe, energetyka atomowa może odgrywać istotną rolę w głębokiej dekarbonizacji i zaspokajaniu potrzeb energetycznych rozwijającej się gospodarki, przekonują eksperci.

Gąski a Choczewo

Nastawienie mieszkańców Polski do energii atomowej doskonale widać przy okazji planów uruchomienia w naszym kraju elektrowni jądrowej. W 2012 r. ogłoszono, że Polska Grupa Energetyczna (PGE) rozpoczęła badania czy nadmorska gmina Gąski nadawałaby się na miejsce budowy takiego obiektu.

Wywołało to falę protestów wśród okolicznych mieszkańców. Protestowano nie tylko w Gąskach, ale i w całym regionie. Lokalne władze także robiły co w ich mocy, aby utrudnić PGE prace nad elektrownią. Ostatecznie postanowiono o porzuceniu lokalizacji.

Tuż przed końcem 2021 r. nastąpił jednak przełom. Ogłoszono nową planowaną lokalizację budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej, tym razem w gminie Choczewo na Pomorzu. Reakcje mieszkańców miejscowości na ten pomysł są zupełnie inne niż te, których można się było spodziewać po protestach w Gąskach.

Dominują pozytywne opinie, nawet jeśli w okolicznych miejscowościach, jak we wsi Słajszewo, obok której ma powstać elektrownia, na niektórych płotach można dostrzec transparenty wyrażające niechęć dla budowy elektrowni.

Jak jednak wynika z rozmów z mieszkańcami, ich obawy nie są napędzane wspomnieniem po awarii w Czarnobylu. Sprzeciwiający się budowie martwią się kwestiami logistycznymi inwestycji, czasem jej trwania, możliwym zniszczeniem ich ulubionej drogi na urokliwą plażę.

Polska jest w znacznym stopniu uzależniona w energetyce od węgla, a swoją szansę na skuteczną dekarbonizacją gospodarki upatruje w zbudowaniu elektrowni atomowych.

Zgodnie z Programem Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) rząd planuje budować nowoczesne, ale sprawdzone i duże reaktory typu PWR.

W Polityce Energetycznej Polski do 2040 r. zakłada się, że w 2033 r. uruchomiony zostanie pierwszy blok polskiej elektrowni jądrowej o mocy ok. 1-1,6 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy zakłada budowę sześciu bloków o mocy do 9 GW.

Polski rząd oczekuje, że partner w programie jądrowym obejmie także 49 proc. udziałów w specjalnej spółce, dostarczy odpowiedniego finansowania i będzie uczestniczył nie tylko w budowie, ale i eksploatacji elektrowni jądrowych.

O kontrakt na rozbudowę energetyki atomowej w Polsce ubiegają się firmy z USA (Westinghouse), Francji (EDF) oraz Korei Południowej (KHNP).

Budowa elektrowni jądrowej „Lubiatowo-Kopalino” ma zakończyć się uruchomieniem pierwszych reaktorów w 2033 r.

Polskie Elektrownie Jądrowe będą się teraz ubiegać o uzyskanie niezbędnych decyzji administracyjnych.

Francja stawia na atom

Głównym zwolennikiem energii atomowej w Europie jest Francja. Prezydent tego kraju, Emmanuel Macron, zapowiedział już, że francuską energię wytwarzać będą nowe reaktory jądrowe.

Byłaby to pierwsza od wielu lat inwestycja w nowe zakłady produkcji energii atomowej w tym państwie. Choć w czasie kampanii prezydenckiej w 2017 r. Macron mówił o zmniejszaniu udziału energii jądrowej we francuskim miksie energetycznym z 70 proc. do 50 proc., teraz zmienił zdanie.

„Po raz pierwszy od dekad zamierzamy wznowić budowę reaktorów jądrowych w naszym kraju i kontynuować rozwój energetyki odnawialnej”, mówił w orędziu do narodu. „Zagwarantuje to naszemu krajowi niezależność energetyczną i pomoże osiągnąć neutralność klimatyczną”, podkreślił francuski prezydent.

Francuzi stawiają na samowystarczalność energetyczną. Ma to uchronić ich kraj przed rosnącymi cenami sprowadzanego zza granicy (głównie Rosji) gazu oraz zakładów produkujących energię z paliw kopalnych.

1 stycznia Francja przejęła prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Zapowiedziane zostało m.in. „umacnianie Europy od wewnątrz”, wzmacnianie suwerenności UE oraz działania na rzecz klimatu. Nietrudno się domyślić, że kwestia energetyki jądrowej, wspieranej przez Paryż, będzie tu kluczowa.

W ostatnim czasie ceny energii w Europie szaleją. Wzrost cen rosyjskiego gazu został tymczasowo zatrzymany na koniec grudnia, kiedy z USA przybyła flotylla tankowców z milionami ton tego paliwa. Pełna zależność Europy od dwóch innych wielkich graczy na arenie międzynarodowej nie wszystkim się podoba, stąd dążenie do energetycznego uniezależnienia Starego Kontynentu.

Francję wspiera m.in. Polska. Razem z nami i 13 innymi krajami członkowskimi UE Paryż forsuje uznanie atomu za ekologiczne źródło energii. Tylko niektóre kraje – w tym Austria, Luksemburg i Irlandia – stanowczo się temu sprzeciwiają. Austriacy na koniec 2021 r. zapowiedzieli nawet, że będą gotowi wejść z Komisją Europejską na drogę sądową, jeśli Unia zdecyduje się na włączenie energetyki nuklearnej do unijnej taksonomii.

Niezadowoleni z działań Macrona są również Niemcy. W opublikowanym w ostatni dzień ubiegłego roku projekcie unijnej taksonomii Komisja Europejska zaproponowała uznanie energetyki jądrowej za częściowo zielone źródło energii, dzięki czemu możliwe byłoby unijne wsparcie finansowe w inwestycjach z nią związanych. Niezadowolenie Niemców widać najlepiej w ich mediach.

Racjonalnie sprawę przedstawiły redakcje Süddeutsche Zeitung oraz Frankfurter Allgemeine Zeitung. Pierwsza z nich napisała, że „budowa nowych elektrowni jądrowych trwa wiele lat, co oznacza, że ​​technologia ta nie pomaga w realizacji krótkoterminowych celów redukcji emisji dwutlenku węgla”.

Z kolei frankfurcka gazeta napisała w komentarzu, że energetyka jądrowa nie emituje dwutlenku węgla. „To dlatego ruch klimatyczny jest podzielony w kwestii tego, czy atom może przyczynić się do działań na rzecz klimatu. Niemcy jako kraj, który wycofuje się z tej technologii, musi zatem sobie odpowiedzieć na wiele nieprzyjemnych pytań, na przykład dlaczego woli inwestować w elektrownie gazowe i nadal nie osiąga swoich celów klimatycznych, mimo że istnieją rozwiązania umożliwiające ich osiągnięcie”.

„Po raz pierwszy od dekad zamierzamy wznowić budowę reaktorów jądrowych w naszym kraju i kontynuować rozwój energetyki odnawialnej”, powiedział francuski przywódca w orędziu do narodu.

Aktywiści mają inne zdanie

Jednak działacze zaangażowani w walkę ze zmianami klimatu pozostają sceptyczni co do energii atomowej. Według nich jest ona przestarzała i zbyt droga, aby w nią inwestować. Zamiast tego proponują stawianie na odnawialne źródła energii. „Energia atomowa to drogie źródło energii. Za późno na stawianie w Polsce elektrowni jądrowych. Za te same pieniądze można zbudować wiele źródeł energii odnawialnej wraz z magazynami na nią”, podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl Marcin Kowalczyk z WWF Polska.

Podobnego zdania jest aktywistka klimatyczna Dominika Lasota. Według niej energia atomowa jest w Polsce narzędziem greenwashingu (ang. greenwashing – „ekościema”, praktyka, której celem jest wywołanie u odbiorcy wrażenia, że przedsiębiorstwo wytwarza swoje produkty w ekologiczny sposób oraz, że zależy mu na środowisku) w rękach władzy.

„Zauważam, że temat energii atomowej jest coraz bardziej obecny w debacie publicznej. Trochę martwi mnie jednak, jak wygląda ta debata. Polski rząd używa tematu elektrowni nuklearnej jako zasłony dymnej; jej kwestia powinna być omawiana w ramach działań przeciwko katastrofie klimatycznej. Potrzebujemy łatwo dostępnych i tanich alternatyw dla paliw kopalnych. Cały świat odchodzi od węgla i my też tego potrzebujemy, jednak Polski rząd woli wciąż mówić o elektrowni atomowej i zapewniać o jej powstaniu. Produkcja energii nuklearnej zajmie nam lata, a my alternatywy dla węgla potrzebujemy już teraz”, przekonuje działaczka.

„Zamiast konkretnych pomysłów i planów na zmiany mamy wciąż obietnice elektrowni atomowej. Najbardziej pewnym działaniem, które możemy podjąć, jest inwestycja w odnawialne źródła energii i ich rozwój. Polki i Polacy już teraz stawiają na ten typ produkcji energii, jednak bez większego wsparcia ze strony rządowej. Ona wciąż wciska nam rozwiązania jądrowe, proponuje rządowe programy związane z energetyką atomową – ale oferowane są one już od dekady, a żadnych istotniejszych zmian na horyzoncie nie widać”, podkreśla Lasota. Gabinet Petra Fiali postanowił przyspieszyć o 5 lat dekarbonizację kraju i ostatecznie porzucić węgiel jako źródło energii.

Co mówią liczby?

Istnieje wiele badań, porównujących energetykę jądrową z odnawialnymi źródłami energii. Według nich, atom jest najbardziej wydajnym źródłem energii. Wskaźnik wydajności energii jądrowej wynosi 92,5 proc., podczas kiedy wskaźniki energii wiatrowej i słonecznej wskazują kolejno 35.4 oraz 24.9 proc. Dla porównania, spalanie węgla osiąga wynik 40,2 proc.

Jeśli chodzi o zajmowaną przez nuklearne zakłady energetyczne przestrzeń, standardowa elektrownia atomowa, produkująca 1000 megawatów energii zajmuje ok. 260 hektarów. Farma wiatrowa, produkująca tyle samo energii potrzebuje 360 razy więcej przestrzeni, a farma słoneczna – 75 razy więcej.

Warto także zauważyć, że z pojedynczego peletu uranu, mającego rozmiar ok. 2,5 cm. wyprodukować można tyle samo energii co z tony węgla lub z 481.3864m³ gazu ziemnego.

Co do kosztów produkcji energii, wygrywają OZE. Najtańszym źródłem energii jest energia słoneczna, której jedna megawatogodzina kosztuje zaledwie 37 dolarów.

Trzy dolary więcej zapłacimy za tyle samo energii wiatrowej. Za megawatogodzinę energii wyprodukowanej spalaniem węgla należy się 112 dolarów, a produkcja takiej ilości mocy za pomocą reaktora jądrowego wyniesie 163 dolary.

źródło – EURACTIV.pl

obrazek – Freepik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.